Tylko mężczyzna, który patrzył na mnie tak, jak patrzy się na drzwi, których już nigdy nie otworzymy.
Podszedł.
Zatrzymał się kilka kroków ode mnie.
„Claire”.
„Adrien”.
Formalność między nami była niemal piękna.
Spojrzał na moją torbę.
Tę samą, z której się naśmiewali.
„Nadal jej używasz”.
Przesunęłam dłonią po skórze.
„Podoba mi się”.
Smutno się uśmiechnął.
„Moja matka jej nienawidziła”.
„Wiem”.
Przełknął ślinę.
„Wszystko w porządku?”
Rozejrzałam się dookoła.
Światła.
Rozmowy.
Mężczyźni, którzy teraz wymawiali moje imię z ostrożnością.
Kobiety, które kiedyś oceniały mnie od stóp do głów, a teraz próbowały zrozumieć, jak przetrwałam, nie pytając o pozwolenie.
Potem spojrzałam na niego.
„Jestem spokojna”.