Nad salą wisiały kryształowe żyrandole, rzucając jasne smugi światła na dwustu elegancko ubranych gości. W jednym kącie cicho grał kwartet smyczkowy, którego muzyka mieszała się z szmerem rozmów i delikatnym brzękiem kieliszków. Kelnerzy płynnie poruszali się między stolikami w czarno-białych uniformach, napełniając kieliszki do szampana, zanim ktokolwiek zdążył dopić choćby połowę.
A pośrodku tego wszystkiego, pod najwspanialszym żyrandolem, na oczach niemal wszystkich, stała moja siostra Brooke.
Wyciągnęła lewą dłoń pod idealnym kątem, z lekko rozstawionymi palcami i rozluźnionym nadgarstkiem na tyle, by wyglądało to naturalnie, a jednocześnie diament łapał każdy promyk światła. Dwukaratowy kamień błyskał za każdym razem, gdy się śmiała, za każdym razem, gdy unosiła dłoń, by zasłonić usta w udawaną nieśmiałość, za każdym razem, gdy dotykała ramienia narzeczonego, opowiadając historię o tym, jak „uklęknął na jedno kolano i kompletnie ją zaskoczył”.