Adrien wpatrywał się w Isabelle.
„Jesteś właścicielką tej wieży?”
„Tak”.
Clémence zaśmiała się krótko i sucho.
„To absurd”.
„Nie do końca” – odpowiedziała Isabelle. „To prawda od kilku lat”.
Słowa zawisły w powietrzu.
Czysty.
Administracyjny.
Ostateczny.
To właśnie czyniło ich jeszcze bardziej upokarzającymi.
Adrien położył obie ręce na stole.
„Dlaczego nigdy nie zostało to określone podczas negocjacji?”
Anne odpowiedziała, nie podnosząc głosu:
„Nieruchomość jest wymieniona we wszystkich niezbędnych dokumentach prawnych. Osobista widoczność właściciela nie jest prawem przysługującym potencjalnemu najemcy”.
Pośrednik zbladł.
Clémence ścisnęła torebkę.
„Wpuściliście nas jak idiotów”.
Isabelle spojrzała na nią.
„Nie. Weszliście tacy, jacy byliście”.
Clémence zarumieniła się.
„Byliście na zewnątrz z miotłą”.
„Tak”.
„To była gra”.
„Nie. To była praca”.
Cisza.
Potem Isabelle dodała:
„To, co wyglądało bardziej na grę, to zatrzymanie się, by upokorzyć kobietę w mundurze, zanim przyszła prosić o pięć pięter w jej budynku”.
To zdanie wylądowało na środku stołu.
Nikt się nie ruszył.