Bez drżenia.
Nie było śladu po kobiecie, która pięć lat wcześniej płakała, aż straciła głos.
„Witaj, Adrien” – powiedziała po prostu. Minęło dużo czasu.
Clémence zdjęła okulary.
Obejrzała Isabelle od stóp do głów.
Szary mundur.
Rękawiczki.
Miotłę.
Spięte włosy.
Niemodne buty.
Potem cicho się zaśmiała.
„Boże… więc to naprawdę ona”.
Kilka osób zwolniło.
Ochroniarz lekko odwrócił głowę.
Dwoje młodych profesjonalistów z filiżankami kawy zatrzymało się na chwilę, żeby posłuchać.
Clémence przechyliła głowę.
„Adrien mówił mi, że pochodzisz z biednej rodziny, ale teraz… nie sądziłam, że tak nisko upadłaś”.
Isabelle nie odpowiedziała.
Clémence kontynuowała głośniej:
„Zamiatanie przed biurami? Po mieszkaniu w pięknym apartamencie w Paryżu? Co za upadek”.
Adrien wciąż patrzył na Isabelle.
W jego oczach było zaskoczenie.
Lekkie zażenowanie.
Może nawet coś w rodzaju niepokoju.
Ale jak wielu słabych mężczyzn, wybrał najłatwiejszą drogę.
Wygładził płaszcz i powiedział:
„Przynajmniej pracujesz. To zawsze lepsze niż życie przeszłością”.
Clémence się roześmiała.
„Nigdy nie zniosłabym widoku byłej dziewczyny w takim stanie. Musiałeś wyzbyć się wszelkiej dumy”.
Isabelle spojrzała na nich oboje.
Na sekundę powróciły wspomnienia.
Biała kuchnia w ich starym mieszkaniu.
Suknia ślubna.
Nieprzespane noce.