Sala szpitalna.
Chłodny głos prawnika.
Milczenie Adriena.
Deszcz w dniu, w którym oddała klucze.
Pięć lat wcześniej ta scena by ją zdruzgotała.
Dziś?
Wydawała się niemal ironiczna.
Bo jedyne dwie osoby, które nie rozumiały, co się dzieje, to te, które stały przed nią.
Adrien podszedł bliżej.
„Powinieneś stąd wyjść” – powiedział cicho. „To miejsce nie jest dla ciebie”.
Clémence skrzyżowała ramiona.
„Chcesz, żebym poprosiła kogoś o znalezienie ci bardziej dyskretnej posady?” – zapytała z uśmiechem. „No cóż… jeśli masz referencje”.
Isabelle wpatrywała się w Adriena.
„Nie zmieniłeś się”.
Zacisnęła szczękę.
„Co to znaczy?”
„Że nadal upokarzasz ludzi, żeby poczuć się ważnym”.
Clémence uśmiechnęła się ostro.
„To nie upokorzenie. To rzeczywistość”.
Isabelle skinęła głową.
„Prawda jest taka, że pracuję. Nie kradnę. Nie jestem od nikogo zależna. I nie zdradzam tych, którzy mnie kochają”.
Atmosfera zdawała się twardnieć.
Adrien zmrużył oczy.