„Jesteś zmęczona, mamo?”
„Trochę”.
„Z powodu prac domowych?”
Isabelle spojrzała na nią w lusterku wstecznym.
„Z powodu pracy”.
„Na razie to wystarczyło”.
Tego wieczoru w mieszkaniu Vincennesów unosił się zapach zupy, proszku do prania i tego delikatnego bałaganu, który ratuje ludzi przed głębokimi ranami.
Noah rozłożył na stole ołówki.
Lena czytała do góry nogami na sofie.
Isabelle zszywała rękę lisa, odpowiadając jednocześnie na dwa maile i ignorując trzy telefony z nieznanych numerów.
Jeden z nich zostawił wiadomość.
„Adrien”.
Nie odsłuchała jej od razu.
Położyła dzieci spać.
Pocałowała Noaha.
Delikatnie wyjęła książkę spod policzka Leny.
Potem przez kilka sekund stała w drzwiach, obserwując, jak śpią.
Dlatego pozostała niewidzialna.
Nie ze strachu.
Dla ochrony.
Później, w kuchni, w jedynym delikatnym świetle blatu, odtworzyła pocztę głosową.
„Isabelle” – zaczął Adrien.
Jego głos był opanowany.
Zmęczony.
Prawie trzeźwy.
Powiedział, że spotkanie było niepotrzebnie teatralne.
Że Clémence przekroczyła granicę.
Że muszą rozmawiać jak dorośli.
Że muszą się rozdzielić
po decyzji ekonomicznej dnia.