W salonie panowała cisza. Jej słowa padły lekkie, eleganckie, jakby mówiła o cenie biżuterii.
Spojrzałam na kopertę. Potem na nią.
„Trzy miliony za kupienie pięciu lat mojego życia?”.
Pani Ricci lekko zmarszczyła brwi.
„Sofia, nie rób z tego niczego brzydkiego. Jesteś dobrą dziewczyną, ale nie dałaś dzieci rodzinie Ricci. Elena natomiast nosi dwójkę dzieci. Chłopca i dziewczynkę. Wiesz dobrze, co to oznacza”.
Elena dotknęła swojego brzucha z udawaną nieśmiałością.
„Pani Sofio, tak mi przykro. Ja i Lorenzo nie chcieliśmy pani skrzywdzić”.
Zaśmiałam się. Krótki, suchy śmiech.
„Nie chcieliście mnie skrzywdzić? W takim razie naprawdę marnie wam to wyszło”.
W tym momencie z korytarza wszedł Lorenzo. Miał napiętą twarz, ale gdy zobaczył kopertę na stole, zdawał się nieco rozluźnić.
„Sofia, podpisz. To najlepsze rozwiązanie dla wszystkich”.
„Dla wszystkich?” – powtórzyłam.