„Będę cię dobrze traktował przez całe życie”.
Nawet jego matka uśmiechała się słodko, biorąc mnie za rękę:
„Sofia, od dziś jesteśmy rodziną”.
Pierwsze dwa lata po ślubie były naprawdę spokojne.
Zbieraliśmy każdą oszczędność, by kupić małe, osiemdziesięciometrowe mieszkanie.
Ja gotowałam, on zmywał naczynia.
W weekendy chodziliśmy razem do supermarketu albo do kina.
To było zwyczajne, ale szczęśliwe życie.
Dopóki trzy lata temu wszystko się nie zmieniło.
Rodzina Ricci nagle się wzbogaciła dzięki wielkiemu projektowi firmy ojca Lorenza. W ciągu roku zmienili samochody, kupili willę i przeprowadzili się tam.
Od tego momentu wszystko inne też zaczęło się zmieniać.
Moja teściowa zaczęła patrzeć na mnie coraz gorzej.
Mówiła, że moje zarobki są niskie.
Że moja rodzina nie dorównuje ich poziomowi.
Że po pięciu latach małżeństwa wciąż nie zdołałam dać rodzinie Ricci dziecka.
„Sofia, dla kobiety najważniejszą rzeczą zawsze pozostaje danie spadkobiercy rodzinie męża”.
Powtarzała mi to zdanie praktycznie na każdym rodzinnym spotkaniu.
Ale to nie było tak, że ja nie chciałam mieć dzieci.
Przez ostatnie dwa lata ja i Lorenzo ciągle chodziliśmy do szpitali. Piłam tyle gorzkich lekarstw, że teraz robiło mi się niedobrze na sam ich zapach.
Lekarz powiedział, że mam lekki problem z jajowodami, ale da się to wyleczyć.
Mimo to, za każdym razem, gdy wracaliśmy ze szpitala, twarz mojej teściowej stawała się coraz bardziej mroczna.
Nawet Lorenzo powoli się zmieniał.
Wracał do domu coraz później.