„Sofia, jutro jest sobota. Wpadnijcie z Lorenzem na kolację, dobrze? Mam wam coś do powiedzenia”.
Jej głos był dziwnie słodki. Ale ja znałam ją zbyt dobrze. Za każdym razem, gdy używała tego miłego tonu, kryła się za tym kalkulacja.
„Dobrze” – odpowiedziałam cicho.
Po zakończeniu rozmowy długo wpatrywałam się w światła na drugim brzegu rzeki. To miasto było naprawdę wielkie. Tak wielkie, by pomieścić radości i smutki niezliczonych ludzi. A jednak było też żałośnie małe. Tak małe, że nawet mój ból nie wiedział, gdzie ma spocząć.
Wróciłam do domu dopiero o dziesiątej wieczorem. Lorenza jeszcze nie było. Mieszkanie tonęło w ciemnościach. Zapaliłam światło i patrzyłam na każdy przedmiot, który razem wybraliśmy. Kremową kanapę kupiliśmy, bo mi się podobała. Wtedy narzekał, że tak jasny kolor szybko się brudzi. Obraz na ścianie był pamiątką z naszej podróży. Na lodówce wciąż wisiało wiele karteczek samoprzylepnych. Niektóre napisał on, by przypomnieć mi o śniadaniu. Inne napisałam ja, by przypomnieć mu o lekach na żołądek.
Kiedyś te rzeczy dawały mi poczucie ciepła. Teraz wydawały się setkami małych igieł powoli kłujących moje serce.
Lorenzo wrócił o pierwszej w nocy. Cicho otworzył drzwi do sypialni. Gdy zobaczył, że wciąż nie śpię, zamarł.
„Nie śpisz?”.