Moje dzieci są już po ślubie. Moja najstarsza córka, Claire, osiedliła się w Nantes z mężem i dwójką dzieci. Mój młodszy syn, Julien, pracuje w Paryżu w firmie inżynieryjnej i wraca do domu tylko wtedy, gdy pozwala mu na to grafik. Co miesiąc przesyłają mi trochę pieniędzy, w niedzielne wieczory prowadzą ze mną wideorozmowy i pytają, czy dobrze się odżywiam, czy biorę leki, czy czegoś nie potrzebuję.
Nie mam im tego za złe.
We Francji też wszyscy się spieszą.
Ale są deszczowe wieczory, kiedy woda godzinami uderza o dachówki, kiedy wiatr świszczy przez niedomknięte okiennice, kiedy dom wydaje się większy, niż jest w rzeczywistości. W te wieczory, leżąc samotnie w łóżku, słyszę ciszę wokół mnie, a samotność staje się chłodną obecnością, siedzącą na skraju pokoju.
Rok temu, przypadkiem, odnowiłam kontakt z Hélène, moją pierwszą miłością z liceum w Tours, na Facebooku.
Wtedy byłam w niej zakochana po uszy. Miała długie, czarne włosy, uśmiech czysty jak późne popołudnia nad brzegiem Loary i spuszczała wzrok, śmiejąc się tak, że aż mi dech zapierało. Przygotowywałam się do studiów na uniwersytecie w Tours. Marzyła o zostaniu nauczycielką.
Ale jej rodzina miała inne plany.
Zanim zdążyła wybrać własną drogę, wyszła za mąż za mężczyznę prawie dziesięć lat starszego od niej. Poważnego, dobrze ubranego mężczyznę z Bordeaux, który niewiele mówił, ale którego jej rodzice uważali za „stabilnego”. Kilka tygodni po ślubie Hélène opuściła Tours, by zamieszkać z nim w Żyrondzie.
Po tym straciliśmy kontakt.
Czterdzieści lat później spotkaliśmy się ponownie.
Ona też była wdową. Jej mąż zmarł pięć lat wcześniej. Mieszkała sama w małym domu w Orleanie. Jej syn, Mathieu, pracował w Tuluzie i odwiedzał ją tylko kilka razy w roku.
Na początku wymienialiśmy tylko grzecznościowe wiadomości.
„Cześć Hélène, mam nadzieję, że wszystko w porządku”.
„Cześć Robert, często myślę o naszej ostatniej klasie liceum”.
Potem wiadomości stały się dłuższe.
Następnie przyszły telefony.
Potem spotkania.
Często spotykaliśmy się na kawę na małym placu niedaleko starego kościoła, niedaleko centrum Tours. Czasami przynosiłem jej brioszkę, jabłka z targu albo witaminy na bóle stawów, kupowane w tej samej aptece, w której farmaceutka znała mnie od lat.
Hélène uśmiechnęła się na widok moich małych torebek.
„Nic się nie zmieniłeś, Robert. Nadal udajesz, że jesteś praktyczny, podczas gdy po prostu jesteś troskliwy”.
Udawałem, że narzekam.