Ona też nie.
Ale tego dnia coś się między nami otworzyło. Coś kruchego, coś spóźnionego, ale prawdziwego.
I tak, w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, ponownie poślubiłem moją pierwszą miłość.
Ślub był skromny, odbył się w ogrodzie mojego domu. Miałam na sobie białą lnianą koszulę i nieco staromodny granatowy żakiet, który Claire starannie wyprasowała. Hélène miała na sobie prostą białą sukienkę bez nadmiaru koronek, a włosy spięła małą spinką z masy perłowej.
Sąsiedzi przyszli nas powitać. Mój przyjaciel Gérard przyniósł wino z Loary. Sąsiad z naprzeciwka upiekł szarlotkę. Ktoś puścił starą muzykę z głośnika i przez kilka godzin mój cichy dziedziniec przypominał rodzinny dom.
Wszyscy mówili, że wyglądaliśmy młodziej.
Patrzyłam na Hélène i pomyślałam, że jest piękna w sposób, który rozumieją tylko zranieni ludzie: nie idealna uroda, nie ekstrawagancka uroda, ale światło powracające z oddali.
Tego wieczoru, kiedy wszyscy wyszli, była prawie dziesiąta.
Odłożyliśmy talerze, złożyliśmy składane krzesła i pozbieraliśmy szklanki pozostawione przy krzaku róż. Zrobiłem jej kubek ciepłego mleka, bo powiedziała mi, że lubi pić przed snem. Potem zamknąłem żelazną bramę, zgasiłem światło na tarasie i sprawdziłem, czy drzwi są dobrze zamknięte.
Aleja.
Nasza noc poślubna – coś, czego nigdy nie wyobrażałam sobie, że przeżyję po raz drugi – w końcu nadeszła.
Ale kiedy delikatnie rozwiązałam górę jej sukni, zamarłam kompletnie.
CZĘŚĆ 2
Przez kilka sekund nie mogłam oddychać.
Na plecach Helen widniały stare, głębokie blizny, niektóre cienkie jak rany po ostrzach, inne szerokie i nieregularne, jak ślady poparzeń. Przy jej lewej łopatce ciemna, fioletowa plama nie wydawała się aż tak stara. A tuż pod żebrami wgłębienie tak mocno wbijało się w moją klatkę piersiową, że musiałam oprzeć rękę o krawędź łóżka, żeby się nie zachwiać.
Wyczuła moje milczenie, zanim jeszcze odwróciła głowę.