Potem szybko podciągnęła suknię, jakbym zobaczyła coś zakazanego.
„Robert… Przepraszam” – wymamrotała łamiącym się głosem. „Powinienem był ci powiedzieć wcześniej”.
Trzymałem się bez ruchu.
Oczy mnie piekły.
To nie był wstręt.
To nie było odrzucenie.
To był ból.
Ogromny ból, tak wielki, że czułam, jakby nie pasował do mojego ciała.
Ta kobieta, która uśmiechała się w moim ogrodzie zaledwie kilka godzin wcześniej, która nosiła perłową spinkę, która dostała kwiaty od sąsiadów i komplementy od moich dzieci, dźwigała na plecach cierpienie, jakiego nigdy sobie nie wyobrażałam.
Powoli usiadłam obok niej.
„Hélène… kto ci to zrobił?”
Spuściła głowę.
Przez chwilę słyszeliśmy tylko szum wiatru, który szeleścił liśćmi krzewu róż o okno.
Potem odpowiedziała niemal bezgłośnie:
„Mój mąż”.
Mimowolnie zacisnęłam dłonie.
„Mężczyzna, do którego małżeństwa zmusiła cię twoja rodzina?”