Wtedy coś we mnie zamarło.
Ani łzy.
Ani krzyku.
Ani ataku.
Po prostu ogromny, precyzyjny, niemal nieskazitelny chłód.
Adrien nie wiedział, że kancelaria prawna, w której pracował, nie zawdzięczała mu kariery.
Zawdzięczał ją mnie.
Firma została założona przez mojego ojca, Armanda Moreau, przed jego śmiercią. Oficjalnie zarządzał nią zarząd złożony z partnerów. W rzeczywistości to ja posiadałam większość udziałów za pośrednictwem rodzinnej spółki holdingowej.
Z własnego wyboru pozostawałam w cieniu.
Chciałam zobaczyć, jak daleko posunie się Adrien, jeśli uwierzy, że jestem zwykłą kobietą, bezsilną, bezimienną, bez siatki bezpieczeństwa.
Nie wiedział też, że Palace Belle-Rive należy do tej samej rodzinnej grupy hotelowej.
Zadzwoniłam pod numer, który znało niewiele osób.
„Przygotować samolot do Nicei” – powiedziałam spokojnie. „Natychmiastowy wylot z Le Bourget”.
„Oczywiście, pani Moreau”.
Wzięłam tylko lekki płaszcz, torbę i telefon.
Wsiadając do samochodu czekającego na mnie u podnóża budynku, spojrzałam po raz ostatni w okna naszego mieszkania.
Siedem lat małżeństwa.
Siedem lat kłamstw, których nie widziałam.
A może je widziałam… i postanowiłam zamknąć oczy.
Lot do Nicei był krótki.
Za krótki, żeby płakać.