Wystarczająco długi, żeby zrozumieć, że moje życie właśnie legło w gruzach.
Na lotnisku czekał na mnie czarny samochód. Jechał wzdłuż morza, przecinał rozświetlone słońcem drogi Lazurowego Wybrzeża i mijał wille ukryte za parasolowatymi sosnami i białymi murami.
Kiedy dotarłam do Pałacu Belle-Rive, słońce zaczynało zachodzić nad Morzem Śródziemnym.
Nie zameldowałam się w recepcji.
Nie chciałam oficjalnego powitania.
Żadnego spanikowanego menedżera.
Żadnego szampana.
Żadnego „Madame Moreau, co za niespodzianka!”.
Chciałam zobaczyć to na własne oczy.
Szłam w milczeniu przez ogrody.
Białe róże zdobiły ścieżki.
Złote lampiony zwisały z gałęzi drzew oliwnych.
Kwartet smyczkowy grał cicho w pobliżu tarasu.
W oddali morze migotało jak źdźbło piasku.
Podążałam za muzyką.
Im dalej szłam, tym wolniej biło moje serce.
Nie szybciej.
Wolniej.
Jakby przygotowywało się do godnej śmierci.
W końcu dotarłam w pobliże prywatnej plaży pałacu.
Odbywała się ceremonia z widokiem na morze.
Ołtarz pokryty białymi orchideami.
Krzesła ustawione w rzędzie na piasku.
Goście w pastelowych sukienkach, jasnych smokingach, okularach przeciwsłonecznych i kieliszkach szampana.
Schowałam się za grupą sosen parasolowych.
I patrzyłam.
Tam, przed ołtarzem, stał Adrien.
Mój mąż.
W ślubnym garniturze.