Uśmiechał się.
Miał ten czuły uśmiech, który, jak mi się wydawało, był zarezerwowany dla mnie.
A na końcu alejki obsadzonej kwiatami, szła kobieta w białej sukni haftowanej koronką, z cienkim welonem opadającym na ramiona.
W dłoniach trzymała bukiet orchidei.
Szła powoli, jak królowa.
Kiedy lekko odwróciła głowę, zobaczyłam jej profil.
Claire.
Moja najlepsza przyjaciółka.
Kobieta, która nazywała mnie „siostrą”.
Kobieta, która piła herbatę w mojej kuchni, mówiąc mi, jakie mam szczęście, że mam takiego męża jak Adrien.
Kobieta, która jeszcze dziś rano napisała do mnie:
„Kocham cię”.
Położyłam dłoń na korze sosny, żeby nie upaść.
Scena przed moimi oczami była tak brutalna, że nawet nie bolała.
Było to ponad ból.
To było święte upokorzenie.
A gdy morze wciąż migotało za nimi, mój mąż wyciągnął ręce do mojej najlepszej przyjaciółki, jakbym już nie żyła.
CZĘŚĆ 2
Zaślubiny Węży