Nie było kongresu prawniczego.
Nie było konferencji.
Nie było sympozjum.
Nie było kolacji Izby Adwokackiej.
Było tylko wystawne wesele opłacone moją kartą.
Moje pieniądze.
Moje zaufanie.
Moje życie.
Adrien wziął Claire za rękę, gdy do niego podeszła.
Śmiała się cicho pod welonem, wzruszona, szczęśliwa, niemal triumfująca.
Wokół nich rozpoznałam kilku kolegów Adriena, dwóch wspólników z firmy, kilka dalekich kuzynek Claire, kobiety, które poznałam na paryskich kolacjach i które zawsze uśmiechały się do mnie uprzejmie.
Były tam wszystkie.
Wydawały się myśleć, że zniknęłam z obrazu.
Celebrujący ceremonię, mężczyzna w granatowym garniturze, uroczyście uniósł ręce.
„Panie i panowie, zebraliśmy się tu dzisiaj z widokiem na Morze Śródziemne, aby uczcić miłość Adriena i Claire…”
Claire mocniej ścisnęła dłoń mojego męża.
Adrien wziął mikrofon.
„Zanim zaczniemy” – powiedział drżącym ze wzruszenia głosem – „chcę podziękować kobiecie stojącej przede mną. Claire, przywróciłaś mi wolę życia”. Z tobą nie czuję się już uwięziony w nudnym życiu, z wycofaną, pozbawioną ambicji żoną, która nic nie rozumiała z mojego świata.
Kilku gości cicho się zaśmiało.
Claire spuściła wzrok z fałszywie skromnym uśmiechem.
Adrien kontynuował:
„Dzisiaj w końcu żenię się z kobietą, która jest taka jak ja”.
Poczułem, jak zaciskam palce na telefonie.