Moja prawniczka, Élise Moreau, drobna, krępa kobieta o przenikliwym spojrzeniu, usiadła przy dużym stole w jadalni w Neuilly z dwoma żółtymi notatnikami i długopisem, który zdawał się oceniać mężczyzn, zanim jeszcze go dotknęli.
Nie rozmawiają.
Kiedy skończyłam odpowiadać na jej pytania, stuknęła raz w notes i powiedziała:
„Myślał, że ukrywa romans. W rzeczywistości budował sprawę o oszustwo”.
To zdanie mi pomaga.
Nie dlatego, że zmniejsza ból.
Nie zmniejsza go.
Ale dlatego, że określa strukturę.
To nie była pomyłka.
To była architektura.
A każdą architekturę można zburzyć.
W ciągu następnych dni złożyłam pozew o rozwód.
Podjęto środki ochrony.
Akt został zamrożony.
Julien podjął ostatnią, prywatną próbę. Pojawił się w domu pewnego wieczoru, bez zapowiedzi, tuż po zachodzie słońca.
Dolores chciała go odprawić.
Nalegał, żeby ze mną porozmawiać.
Pomimo wszelkich środków ostrożności, z Élise rozmawiającą przez telefon w kieszeni płaszcza, wyszłam, żeby się z nim spotkać na tarasie.
Przez chwilę przypomina mi mężczyznę, którego poślubiłam.
Zmęczony.
Wciąż przystojny.
Wyeksploatowany.
Role się zmieniły, i tyle.
To już nie arogancja.
To zraniona poufałość.
Stary odruch: „Rozstrzygnijmy to między sobą”.
„Claire” – mówi – „popełniłem błędy”.
Patrzę na niego.
Czekam.
On też czeka, jakby same słowa miały automatycznie zapewnić mi wybaczenie.
W końcu odpowiadam:
„Czy to ten moment, w którym mam ci pomóc dobrać słowa?”
Jego twarz drga.
„Staram się być z tobą szczery”.
„Nie. Próbujesz być szczery przez pięć minut”.
Odwraca wzrok, a potem znów patrzy na mnie.
„Nie rozumiesz, co zrobiła moja matka”. Zniszczyła wszystko.
Zapada wyrok, a wraz z nim ostateczne potwierdzenie.