Nawet teraz, po ujawnieniu romansu, utracie spadku i wycofaniu firmy, wciąż uważa się za ofiarę.
Nie dlatego, że nie dostrzega wyrządzonych szkód.
Ale dlatego, że szczerze wierzy, że pociągnięcie go do odpowiedzialności jest aktem przemocy wobec niego.
Zakładam ramiona.
„Nie zniszczyła wszystkiego” – mówię. „Udokumentowała wszystko”.
Wypuszcza gwałtownie powietrze.
„Naprawdę myślisz, że potrafisz zarządzać Delorme Industrie? Zarząd cię pożre”.
„Wtedy nauczę się gryźć szybciej”.
Milczy.
Może dlatego, że wyrok go zaskakuje.
Może dlatego, że nie przypomina już kobiety, którą metodycznie zmiękczał, aby lepiej rządzić.
Potem mówi:
„Camille jest nieistotna”.
Po prostu na niego patrzę.
Słyszy siebie za późno.
„Mam na myśli… to nie miało się tak potoczyć”.
Myślę o dziecku.
Mieszkaniu.
Przelewach pieniężnych.
Krzesło zarezerwowane dla Camille podczas odczytywania testamentu.
„Nie” – mówię sobie. „Miało pójść o wiele sprawniej”.
„Stało się dokładnie tak, jak zaplanowałeś” – mówię. „Po prostu nie wyobrażałeś sobie, że ktoś inny też to planuje”.
Po tym odchodzi.
Nie krzyczy.
Nie płacze.
Po prostu oniemiał.
Po raz pierwszy w życiu nie kontroluje już sceny.
Odebrano mu scenariusz.
Następne tygodnie są jednocześnie brutalne i oczywiste.
Spotkanie zarządu, które formalizuje moje przejęcie, przypomina salę, w której wszyscy już znają plotki, ale wciąż czekają, czy mają one jakiekolwiek uzasadnienie.
Niektórzy dyrektorzy witają mnie ciepło.
Inni ostrożnie.