W pewną majową niedzielę, prawie trzy lata po odczytaniu testamentu, idę na cmentarz Montparnasse z białymi liliami i jednym z kwartalnych raportów, których Marguerite rzekomo nie chciała przeczytać, zanim zażądała wszystkich liczb.
Klękam przed jej grobem.
„No cóż” – mówię cicho – „miałeś rację prawie we wszystkim, co jest bardzo denerwujące”.
Wiatr szumi w drzewach.
Zostaję dłużej niż planowałem.
Opowiadam jej o firmie.
O praktykantach.
O zarządzie, w którym wciąż zasiada pożyteczny idiota, dokładnie tak, jak przewidziała.
Dolores, która spotyka się teraz z byłym sędzią, który jest zbyt dumny ze swoich poszetek.
Naomi, która wciąż upiera się, że potrzebuję wakacji.
Mówię jej również, że niektóre obecne trendy dekoracyjne by jej się nie spodobały.
Potem, ponieważ niektóre prawdy wypowiedziane zostają dopiero po latach, szepczę:
„Uratowałaś mnie”.
Słowa rozpływają się w miękkim powietrzu.
Ale wypowiedzenie ich ma znaczenie.
Bo to prawda.
Nie w łatwy sposób.
Nie chroniąc mnie przed wszelkim bólem.