Ale Maître Lemaire już przesuwa w jego stronę grubą, poskładaną, opatrzoną komentarzami teczkę.
Nie deklarację intencji.
Nie groźbę.
Sama istota rzeczywistości.
„To całkowicie możliwe” – mówi. „I prawnie wiążące”.
Julien nie siada.
Patrzy na mnie, jakbym za jego plecami uknuła jakąś zdradę.
Nie dlatego, że uważa mnie za zdolną do manipulacji.
Wręcz przeciwnie.
Bo nigdy nie wyobrażał sobie, że mogłabym być zdolna do strategii.
A nawet bardziej niż jego romans, nawet bardziej niż dziecko, nawet bardziej niż pieniądze, ta pewność przeszywa mnie z zimną precyzją.
Nie docenił mnie, bo mu się to podobało.
Camille w końcu się odzywa:
„Na jakich warunkach?”
Maître Lemaire składa dłonie.
„Pani Delorme dołączyła do tego spadku klauzulę dotyczącą zarządzania. Pani Claire Delorme dziedziczy pełną kontrolę nad firmą pod warunkiem, że Julien Delorme zostanie trwale odsunięty od wszelkich funkcji kierowniczych, wszelkich uprawnień decyzyjnych w zarządzie, wszelkich uprawnień powierniczych i wszelkich świadczeń uznaniowych związanych z grupą lub jej spółkami zależnymi”.
Niemal słyszę, jak przyszłość Juliena pęka.
Nie z głośnym trzaskiem.
Bardziej jak lód pod napięciem.
Powoli.
Nieodwołalnie.
Odwraca się do notariusza.
„Ona nie jest w stanie zarządzać tą grupą”.
Pan Lemaire ledwo unosi brwi.
„Pani Delorme się nie zgodziła”.
Przesuwa przede mną drugą teczkę.
„W ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy twoja macocha wdrożyła kompleksowy plan transformacji”. Radca prawny, zewnętrzni eksperci, dwóch członków zarządu, raporty finansowe, analizy zarządzania i plany sukcesji. Wszystko jest tutaj. Zostawiła też notatkę, w której napisała, cytuję: „Claire ma więcej rozsądku w ciągu godziny milczenia niż Julien przez dziesięć lat reprezentacji”.
Gdybym nie była już wyczerpana żalem, pewnie bym się rozpłakała, słysząc to zdanie.
Jest kwintesencją Marguerite.
Ta sucha elegancja.
To dosadne okrucieństwo.
Ta umiejętność analizy bez podnoszenia głosu.
Julien znowu na mnie patrzy.
I tym razem w jego oczach jest coś jeszcze.
Strach.
Prawdziwy strach.
Bo po raz pierwszy od dnia naszego ślubu siedzę po stronie stołu, gdzie spoczywa władza.
Camille odchrząknęła.
„A syn Juliena?”
Sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że ścisnęło mnie w żołądku. Nie z powodu dziecka. Nic nie zrobił. Był tylko niemowlęciem, oddychającym pośród konsekwencji działań dorosłych. Ale dlatego, że nagle w jej głosie pojawiło się coś praktycznego.
Dziecko stało się przedmiotem sporu.
Kartą przetargową.
Maître Lemaire odpowiedział niezbyt delikatnie:
„Pani Delorme utworzyła dla dziecka oddzielny fundusz powierniczy. Edukacja, opieka zdrowotna, mieszkanie i podstawowe bezpieczeństwo są w pełni zagwarantowane, pod niezależnym zarządem”.
Ulga przemknęła po twarzy Camille.