To już nie jest małżeńska rana.
To sprawa.
Maître Lemaire kładzie następnie na stole zapieczętowaną kopertę.
„Te dokumenty nie uruchamiają automatycznie postępowania sądowego” – wyjaśnia. Madame Delorme wolałaby, aby sprawy rodzinne były załatwiane dyskretnie, o ile to jeszcze możliwe. Jednakże, gdyby Julien Delorme próbował podważyć testament, utrudnić dziedziczenie Claire Delorme, zastraszyć ją lub ukryć majątek małżeński przed rozpoczęciem postępowania, cała dokumentacja zostałaby przekazana.
Znów pozwolił na ciszę.
Potem dodał, niemal uprzejmie:
„Mówiąc prościej… Madame Delorme zaplanowała pośmiertny system bezpieczeństwa”.
Nikt się nie odezwał.
Ani ja.
Ani Julien.
Ani Camille.
Nawet dziecko zdawało się rozumieć, na swój własny, cichy sposób, że należy zachować spokój w pokoju, w którym dorośli właśnie odkryli, że zastawili na nich pułapkę.
W końcu Julien usiadł z powrotem.
Powoli.
Jakby powaga sytuacji zmieniła się bez ostrzeżenia.
Jego wzrok spoczął na mnie.
„Wiedziałaś?”
Spotykam jego wzrok.
„Nie.”
„To prawda.”
I zdaje się, że niepokoi go to jeszcze bardziej, niż gdybym to ja wszystko zaaranżował.
Rozumie zdradę.
Rozumie manipulację.
To języki, którymi mówi płynnie.
Ale myśl, że inna inteligencja mogła działać z taką precyzją, a on tego nie zauważył? Wydaje się, że uderza to w coś głęboko ukrytego w jego obrazie samego siebie, jaki zawsze miał.
Camille mruczy:
„To takie okrutne…”
Pan Lemaire patrzy na nią znad okularów.
„Nie. Okrucieństwem byłoby nie zostawić niczego dziecku”.
Zdanie urywa się.
Camille spuszcza wzrok.
I czuję coś dziwnego.
Nie triumf.
Bardziej zimne osłupienie na widok tego, jak Marguerite, nawet po śmierci, nadal wymierza konsekwencje z królewską precyzją.
Widziała wszystkich.
Ważyła wszystkich.
A teraz, zza grobu, zamyka księgi.
Maître Lemaire wręcza mi nowy dokument.
„Jest jeszcze kwestia domu małżeńskiego”.
Julien gwałtownie podnosi głowę.
„Dom?”