Albert wyglądał na zirytowanego przez cały czas wypisu, jakby uraz przytrafił się jemu, a nie mnie.
***
Kiedy wróciliśmy do domu, na dworze było już ciemno.
Schody przed domem nagle wydały mi się niemożliwe do pokonania. Stałam tam, trzymając się poręczy i niezgrabnie balansując na jednej nodze, a kule wbijały mi się w ramiona.
„Albercie” – powiedziałam cicho – „proszę, pomóż mi wejść na górę”.
Wpatrywał się w schody, a potem zmarszczył brwi.
„Nie mogę ryzykować naciągnięcia pleców”.
Schody wejściowe nagle wydały mi się nie do zniesienia.
Na początku myślałam, że mąż żartuje.
„Co?”
„Jutro jadę z chłopakami. Jeśli uszkodzę sobie plecy, niosąc cię, cały weekend będzie zrujnowany”.
Szczerze mówiąc, nie mogłam przetworzyć tego, co słyszałam.
„Jestem w ciąży” – wyszeptałam. „Nie mogę nawet chodzić”.
„Powinnaś była bardziej uważać” – warknął. „Już zapłaciłem za podróż. Nie zmarnuję jej, bo byłaś nieostrożna!”
Potem wszedł do środka, nie po to, żeby mi pomóc, ale żeby się spakować.
Myślałam, że mąż żartuje.
***