Siedziałam przed domem przez dwie godziny, płacząc.
Zimne powietrze przebijało mi sweter. Noga pulsowała bez przerwy. Co kilka minut dziecko kopało, a ja kładłam rękę na brzuchu, modląc się, żeby nic mu nie było.
Przejeżdżały samochody. Po drugiej stronie ulicy zapalały się światła na ganku. Ale nikt mnie tam nie zauważył, dopóki sąsiadka nie wróciła z próby chóru kościelnego.
Noga pulsowała mi bez przerwy.
Pani Peterson zamarła, gdy mnie zobaczyła.
„Och, kochanie…”
Pospieszyła tak szybko, jak tylko mogły ją unieść jej 72-letnie nogi.
„Co ci się stało?!”
Płakałam jeszcze głośniej, gdy pomagała mi pokonywać kolejne stopnie, mamrocząc pod nosem o „bezużytecznych mężczyznach”. Zanim weszliśmy do środka, Albert był na górze i zapinał torbę podróżną.
„Co ci się stało?!”
Pani Peterson spojrzała na niego z obrzydzeniem.
„Powinieneś się wstydzić!”
Albert przewrócił oczami, zignorował ją i kontynuował pakowanie.
Wtedy coś we mnie zaskoczyło.
***
Tej nocy, po tym, jak pani Peterson pomogła mi ułożyć się do łóżka na dole, zadzwoniłam do dziadka Alberta, Waltera.
„No, cześć” – powiedział ciepło. „Jak się miewa moja ulubiona wnuczka?”
To wystarczyło.
Zaczęłam szlochać tak mocno, że ledwo mogłam oddychać.