Nie dałam mu nic więcej.
W trzydziestym czwartym tygodniu ciąży wróciłam do domu na warunkach sporządzonych przez Patricię i zaakceptowanych przez moją matkę, która oznajmiła, że „będzie wpadać, kiedy tylko będzie miała na to ochotę, bo najwyraźniej taka była rodzinna kultura”.
Marcus się nie sprzeciwiał.
Dom wydawał się dziwny, kiedy wróciłam. Znajome meble. Nieznajoma atmosfera. Szafki kuchenne znów były ustawione tak, jak lubiłam. Pokój dziecięcy był skończony, łóżeczko zmontowane, a skarpetki w truskawki wciąż stały na komodzie.
Na bujanym fotelu leżała koperta.
W środku był odręcznie napisany list od Marcusa.
Nie romantyczny. Nie taki, w którym mężczyzna mówi, że cię kocha i oczekuje, że miłość wymaże tchórzostwo.
To był spis inwentarza.
Dałem im klucz bez pytania.
Zbyłem cię, kiedy powiedziałaś, że czujesz się niekomfortowo.
Pozwoliłem Tarze mówić do ciebie bez szacunku.
Zgodziłem się przelać pieniądze, bo bałem się walczyć z matką.
Sprawiłem, że czułaś się samotna, kiedy nosiłaś nasze dziecko.