Zaśmiałam się raz. Zabrzmiało to ostro i obco.
„Uspokoić się?” – zapytałam. „Byłam w szpitalu, próbując zapłacić zaliczkę za poród. Moja karta została odrzucona. Zostało mi czterdzieści siedem dolarów na koncie, które oszczędzaliśmy na dziecko. Czterdzieści siedem dolarów, Marcusie”.
Przełknął ślinę.
Tara skrzyżowała ramiona. „Te pieniądze nie były bezpieczne, skoro tak tam leżały”.
„Były w banku”.
„Ostatnio nie myślisz jasno. Hormony ciążowe mogą powodować impulsywność”.
Moja mama podeszła o krok bliżej. „Dobieraj kolejne słowa ostrożnie”.
Tara ją zignorowała. „Martwiliśmy się z mamą. Skróciłaś godziny pracy. Kupowałaś rzeczy do pokoju dziecięcego, zamawiałaś drogie ekologiczne prześcieradła, rozmawiałaś o zatrudnieniu douli poporodowej…”
„Kupiłam łóżeczko” – powiedziałam. „A te prześcieradła były w promocji”.
„Nie o to chodzi”.
„Więc o co chodzi?”
Uniosła brodę. „Chodzi o to, że Marcus ciężko pracuje, a ktoś musiał chronić pieniądze na dziecko”.
„Przede mną?”
Cisza odpowiedziała za nich.
Marcus wpatrywał się w podłogę.
Chciałam, żeby zaprzeczył. Żeby spojrzał na Tarę, jakby straciła rozum. Chciałam, żeby powiedział: Rachel, nie, nie wiedziałem, nigdy na to nie pozwolę”.
Zamiast tego powiedział: „Myślałem, że to tymczasowe”.
Moja córka znowu kopnęła. Tym razem bolało.