Nie dlatego, że jej nienawidziłam, choć czasami tak.
Ponieważ macierzyństwo wyjaśniło coś, co małżeństwo kiedyś zacierało: dostęp do dziecka nie jest nagrodą za wspólną krew. To odpowiedzialność, którą zdobywa się poprzez bezpieczeństwo, szacunek i zaufanie.
Vivian widziała Lily tylko raz, z drugiej strony alejki w sklepie spożywczym.
Zbierałam jabłka, a Lily siedziała w wózku sklepowym, żując plastikową żyrafę. Vivian pojawiła się przy dziale z pieczywem i zamarła w miejscu. Przez sekundę wyglądała starzej, niż ją zapamiętałam. Mniejsza. Jej perły zniknęły. Jej włosy pozostały idealne.
Wpatrywała się w Lily.
Lily odwzajemniła spojrzenie, niewzruszona.
Vivian spojrzała na mnie. „Ma oczy Marcusa”.
Włożyłam kolejne jabłko do torby.
„Ma własne oczy”, odpowiedziałam.
Vivian z trudem przełknęła ślinę. „Rachel, ja…”