„Wiem” – skinął głową detektyw Miller. „Bo gość, który zadzwonił pod numer 911, został na miejscu zdarzenia. Złożyła moim funkcjonariuszom pełne, nagrane zeznania. Widziała, jak twoja siostra machała butelką. Widziała, jak resuscytowałeś swoje dziecko”.
Detektyw spojrzał na swoją teczkę, zaciskając szczękę. „Co więcej, właśnie otrzymaliśmy szybkie wyniki toksykologii z pediatrycznego oddziału intensywnej terapii”.
Twarz detektywa stwardniała, a profesjonalny obojętność ustąpiła miejsca czystej odrazie.
„To nie był Benadryl dla dzieci” – powiedział detektyw Miller, patrząc mi w oczy. „Twoja siostra rozdrobniła zolpidem w dawce dla dorosłych – Ambien – i wsypała go do kartonika soku. Podała dwulatkowi tyle środków uspokajających, że mógłby ogłuszyć dorosłego mężczyznę. Jej ośrodkowy układ nerwowy przestał działać. Ciśnienie krwi spadło do najniższego poziomu. Gdyby twój mąż nie pojawił się dokładnie wtedy, kiedy przyjechał, nie spisywałbym zeznań. Prowadziłbym śledztwo w sprawie zabójstwa”.
Słowa zawisły w sterylnym powietrzu sali operacyjnej. Ambien. Zabójstwo.
Natalie nie popełniła po prostu głupiego, niedbałego błędu. Celowo i celowo podała mojemu dziecku silny narkotyk, bo irytował ją płacz malucha na imprezie. Przedłożyła estetykę dmuchanego zamku nad życie swojej siostrzenicy.
Detektyw Miller odwrócił się na pięcie i wyszedł z sali operacyjnej.