„A nasz?”
Uśmiechnęłam się delikatnie.
„Do Montrealu”.
Spojrzała na mnie.
„Daleko?”
Wystarczająco daleko, żeby zacząć od nowa.
W samolocie, 10 000 metrów nad Atlantykiem, Hugo zasnął mi na ramieniu.
Chloé rysowała dom z trzema oknami, wielkim drzewem i naszą trójką przed drzwiami.
Bez ojca.
Bez krzyków.
Bez teściów.
Bez zimnej jadalni, gdzie wartość kobiety mierzy się potomstwem.
Pokazała mi swój rysunek.
„Czy to nasz nowy dom?”
Poczułam pieczenie w oczach.
Nie smutek.