Nie odpowiedziałam.
Już wiedziałam.
Gdy moje dzieci i ja zbliżaliśmy się do lotniska, Antoine Delcourt przybył do kliniki Sainte-Isabelle w Neuilly z całą rodziną.
Jego matka, Françoise, szła przodem, wyprostowana jak struna.
Jego ojciec, Gérard, szedł z powagą mężczyzn przyzwyczajonych do tego, by ich słuchano, nawet gdy nie mają nic ważnego do powiedzenia.
Élodie szła za nimi w towarzystwie męża.
Były tam również dwie ciotki i kuzyn, który nigdy nie przegapił okazji, by żerować na cudzych nieszczęściach.
Siedem osób.
Siedem twarzy pełnych oczekiwania.
Siedmiu świadków przybyło, by świętować to, co uważali za zwycięstwo swojej krwi, swojego imienia, swojej dumy.
Dla nich ta wizyta nie była zwykłym USG.
To była koronacja.
Léa Garnier siedziała w poczekalni, jedną ręką opierając się na brzuchu, a drugą trzymając designerską torebkę, zdecydowanie za drogą dla kobiety, która twierdziła, że została „porzucona przez życie”.
Miała na sobie kremową sukienkę, karmelowy płaszcz i ten cichy uśmiech kobiety, która wierzy, że już wygrała.
Françoise pochyliła się ku niej czule.
Czułości, której nigdy mi nie okazywała.
„Mój wnuk będzie wspaniały” – powiedziała. „Czuję to”.
Élodie podała jej srebrne pudełko.
„Ekskluzywne witaminy prenatalne. Antoine powiedział, że chce tylko tego, co najlepsze dla dziecka”.
Léa się uśmiechnęła.
„Jesteś urocza”.
Antoine położył jej rękę na ramieniu.
„To naturalne. Nosisz w sobie przyszłość rodziny”.