Jej siostra, Élodie, opierała się o ścianę ze skrzyżowanymi ramionami i lekko uniesioną brodą.
Zawsze patrzyła na ludzi tak, jakby zajmowali miejsce, które do nich nie należy.
„Wreszcie” – wyszeptała. „Mój brat będzie mógł zbudować prawdziwe życie. Z kobietą, która będzie w stanie dać tej rodzinie dziedzica”.
Jej wzrok przesunął się w moją stronę.
Powoli.
Okrutnie.
„Nie ze zmęczoną kobietą, która ciągnie za sobą dwójkę dzieci”.
Słowa zawisły w powietrzu.
Kiedyś mnie niszczyły.
Tego ranka tylko potwierdziły to, co już wiedziałam.
Niczego więcej od nich nie oczekiwałam.
Bez słowa otworzyłam torbę.
Położyłam pęk kluczy na stole.
„Mieszkanie jest puste” – powiedziałam spokojnie. Wczoraj przeprowadziliśmy się z dziećmi.
Antoine uśmiechnął się pogardliwie.
„Dobra decyzja. Tym razem”.
Nie odpowiedziałam.
Wyjęłam dwa granatowe paszporty i położyłam je obok kluczyków.
„Zabieram Hugo i Chloé do Montrealu” – powiedziałam. „Dzisiaj”.
Jego uśmiech zniknął.
„Co?”