Żadnego krzyku.
Żadnych drżących rąk.
Tylko ogromna cisza w moim wnętrzu.
Ten rodzaj ciszy, który pojawia się, gdy coś jest martwe od dawna, a trumna dopiero co została zamknięta.
Nazywam się Camille Moreau.
Mam trzydzieści dwa lata.
Jestem matką dwójki dzieci.
I przez ostatnie pięć minut… Nie byłam już żoną Antoine’a Delcourta.
Zanim odłożyłam długopis, zadzwonił jego telefon.
Ten dzwonek.
Ten, którego nigdy nie używał do pracy.
Ten, który przez miesiące zmieniał jego twarz, zanim jeszcze odebrał.
Nie wyszedł z pokoju.
Nawet nie zniżył głosu.
„Tak” – powiedział spokojnie. „Podpisano”.