Nazywam się Édouard Laurent.
Trzy miesiące temu wyjechałem z Paryża do Lyonu, gdzie powierzono mi duży projekt systemów bezpieczeństwa dla prywatnej grupy.
W dniu wyjazdu moja żona – Camille Moreau – była w świetnej formie, uśmiechnięta, beztroska, z tym swoim szczególnym sposobem uspokajania mnie samym spojrzeniem.
Ale kiedy wróciłem…
Prawie jej nie poznałem.
Czekała na mnie przed lotniskiem.
Miała na sobie znoszony T-shirt. Kości szyi były wystające.
A jej oczy… jej oczy wyglądały jak u kogoś, kto nie spał porządnie od tygodni.
Uśmiechnęła się do mnie.
„Wreszcie jesteś…”
Jej głos był słaby. Uderzający. Jakby nawet mówienie sprawiało jej trudność.
Poczułem, jak coś ściska mnie w piersi.
„Camille… co ci się stało?”
„Nic… Po prostu ostatnio jestem trochę zmęczony…”
Nie wierzyłem jej.
Ale kiedy wróciliśmy do domu w Neuilly-sur-Seine…
wtedy naprawdę zrobiło mi się zimno w żyłach.
W moim domu byli ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałem.
Troje dzieci biegało po salonie, krzycząc, skacząc między fotelami, jakby były właścicielami tego miejsca.
Mężczyzna leżał rozwalony na mojej sofie, z nogami na stoliku kawowym, z pilotem w dłoni, z cichą arogancją kogoś, kto myśli, że jest właścicielem tego miejsca.
Kobieta z mocnym makijażem, idealnie wyważona, obserwowała każdy szczegół domu z nieznośną pewnością siebie.
Stałem nieruchomo w drzwiach.