„Proszę…” mruknęła Camille, po czym natychmiast skierowała się do kuchni.
W kuchni panował chaos.
Wszystkie cztery palniki były włączone.
Dym. Gorąco. Hałas.
A potem…
była moja mama.
„Camille! Gdzie jest sos sojowy? Ile razy mam pytać?!”.
Na sekundę zamknąłem oczy.
Moja mama nigdy nie zwracała się do mojej żony po imieniu.
Nigdy.
A teraz zwracała się do niej jak do służącej.
Podszedłem do ojca.
„Kim są ci ludzie?”
Wypił łyk herbaty ziołowej z niemal obraźliwym spokojem.
„Krewni. Pochodzili z prowincji”.
Poczułem dreszcz.
Nie mieliśmy takiej rodziny.
Ani jednej.
Ale nic nie powiedziałem.