Alejandro wybuchnął.
Uderzył ręką w stół i nazwał zarząd tchórzami. Nazwał mnie pasożytem. Nazwał swoją matkę zniedołężniałą. Groził pozwami, śledztwami i publicznym upokorzeniem. Ale im głośniej krzyczał, tym bardziej się zmniejszał.
Bałam się tego głosu od lat.
W tym pokoju brzmiał żałośnie.
Ochrona wyprowadziła go z budynku, który kiedyś traktował jak tron.
Kiedy drzwi windy zamknęły się za nim, nikt się nie odezwał.
Wtedy Carmen usiadła, zamknęła oczy i wyszeptała: „Wybacz mi, Robert”.
Robert był jej zmarłym mężem.
Położyłem swoją dłoń na jej dłoni. „Byłby z ciebie dumny”.
Ścisnęła moje palce. „Mam nadzieję”.
Ale Alejandro jeszcze nie skończył.
Mężczyźni tacy jak on nie godzą się na porażkę. Szukają kogoś, kogo można obwinić, kogo można ukarać, kogo można pociągnąć za sobą na dno. Kiedy interes się rozpadł, zaatakował moją reputację.
W internecie pojawiły się anonimowe posty, w których twierdzono, że znęcałem się nad starszą kobietą dla pieniędzy. Ktoś wysłał e-maile do moich klientów, informując, że toczy się przeciwko mnie śledztwo w sprawie oszustwa. Plotkarski blog opublikował rozmazane zdjęcie, na którym wychodziłem z sądu, z nagłówkiem: „Była żona atakuje majątek rodziny po gorzkim rozwodzie”.
Przez cały dzień byłem bliski załamania.
Siedziałem na podłodze w łazience, Mateo spał, a Carmen oglądała telewizję w salonie. Mój telefon wciąż rozświetlał się od anulowanych połączeń, pytań i udawanego współczucia. Wyszedłem z rezydencji, mając tylko ubrania, laptopa i kobietę, którą wszyscy inni wyrzucili. Teraz świat nazywał mnie chciwym, pragnącym przetrwać.
Carmen cicho zapukała.
„Mariana?”
Otarłam twarz. „Nic mi nie jest”.