Nie prosiłam o Carmen, bo wiedziałam, że posiada sześćdziesiąt dwa procent udziałów w firmie. Prosiłam o nią, bo widziałam, jak siedzi sama przy śniadaniu, a jej syn przechodzi obok niej, jakby była meblem. Prosiłam o nią, bo kiedyś wślizgnęła się do mojej sypialni, gdy Alejandro na mnie nakrzyczał i bez słowa postawił filiżankę herbaty na mojej szafce nocnej. Prosiłam o nią, bo w noc przed rozprawą rozwodową usłyszałam, jak płacze w pralni i zdałam sobie sprawę, że zostawienie jej nie uczyni mnie lepszą od niego.
Fortuna przyszła później.
Zemsta przyszła później.
Prawda przyszła, bo jedna porzucona kobieta postanowiła nie porzucać drugiej.
W osiemdziesiąte pierwsze urodziny Carmen zorganizowaliśmy kolację u mnie w domu.
Nie w rezydencji. Nie w sali balowej. W moim domu. W kamienicy na Brooklynie ze skrzypiącymi schodami, ciepłym oświetleniem, niedopasowanymi krzesłami i kuchnią na tyle dużą, że wszyscy mogli się zebrać tam, gdzie nie powinni. Mateo, teraz wyższy ode mnie, niósł tort. Carmen miała na szyi niebieski ceramiczny wisiorek z Matką Boską, ten sam, który nosiła…
Przyniosła to małe pudło przeprowadzkowe lata temu.
Zanim zaśpiewaliśmy, stuknęła łyżeczką o kieliszek.
Wszyscy ucichli.
„Chcę coś powiedzieć” – powiedziała.