Spodziewałam się przemówienia urodzinowego. Czegoś słodkiego. Czegoś krótkiego.
Zamiast tego spojrzała na mnie.
„Kiedy mój syn mnie wyrzucił, Mariana mnie podniosła. Ale to nie jest najważniejsze. Ważne jest to, że nie wiedziała, że mam władzę, kiedy mnie wybrała”.
Ścisnęło mnie w gardle.
Carmen kontynuowała: „Wielu ludzi jest miłych, gdy oczekuje nagrody. Mniej jest miłych, gdy widzą tylko ciężar”.
W sali zapadła cisza.
Uniosła kieliszek.
„Do rodziny, którą wybieramy, gdy rodzina, w której się urodziliśmy, zapomina, jak kochać”.
Wszyscy unieśli kieliszki.
Mateo pocałował ją w policzek.
Płakałam, zanim jeszcze pokrojono tort.
Później tego wieczoru, gdy goście wyszli, a naczynia w zlewie były już ułożone, Carmen i ja siedzieliśmy sami przy stole. Na zewnątrz szumiało miasto. Gdzieś na końcu ulicy ktoś zaśmiał się zbyt głośno. Mateo był na górze, prawdopodobnie udając, że nie śpi.
Carmen sięgnęła do kieszeni kardiganu i wyciągnęła złożoną kartkę papieru.
„Co to jest?” zapytałam.
„Mój testament”.
Zesztywniałam. „Carmen…”