W końcu wybucha.
„Bo to było prostsze niż tłumaczenie się ludziom, którzy i tak nic by nie zrozumieli!”
No i masz.
Nie było już nawet próby zaprzeczenia. Tylko męskie poczucie wyższości otulone użalaniem się nad sobą, które zawsze było jego ulubioną reakcją na nagłe potrzeby. Skłamał, bo prawda upokorzyłaby jego dumę. Pozwolił ci stać się, w rodzinnej narracji, przesadnie ambitną, zimną, niedoskonałą kobietą, bo jego męskość liczyła się bardziej niż twoja godność. Zbudował trzy lata towarzyskiego teatru na twoim upokorzeniu, a potem zaprosił cię na kolejny występ.
A teraz jego ciężarna żona trzymała w rękach dowód, że rola, którą ci narzucił, zawsze powinna być jej.
Beatrice podbiega:
„Héloïse, kochanie, to skomplikowane…”
„Nie dotykaj mnie” – wykrzykuje Héloïse.
To słowo szokuje wszystkich, może nawet ją samą. Do tej pory grała nieskazitelną nową żonę, zwyciężczynię, tę, która odziedziczyła najlepszą pozycję w starej, patriarchalnej grze. Ale to wszystko zmienia. Jeśli Adrien wiedział, że nie może począć naturalnie, to albo skorzystał z dawczyni i ją okłamał, albo nie. W obu przypadkach dziecko, które nosi, staje się z kolei niebezpiecznym punktem ciężkości w pomieszczeniu zbudowanym, by konsumować kobiety niczym widowisko.
Jej wolna ręka wraca do brzucha, tym razem nie z dumą, lecz z instynktem obronnym.
„Nie czerpiesz z tego żadnej przyjemności”.
„To ważne”.
„Adrien cię zniszczył. Beatrice mu pomogła”.
Cała sztuka liczyła na twoje upokorzenie. Ale Heloiza, pomimo swojej próżności, nie prosiła, by stać się sceną, na której kłamstwo mężczyzny się rozpadnie. Skorzystała na tym, owszem. Nawet je wyostrzyła. Nosiła je jak klejnot. Ale teraz raniło również ją, a ty wiesz wystarczająco dużo o kobietach, by zrozumieć, jak szybko publiczność może przejść od śmiechu z nimi do śmiechu z nich.
Więc nie wbijasz ostrza dalej. Prawda wystarczy.
Aleksander znów się odzywa.
„Jest jeszcze jeden punkt.”
Tym razem to mężczyźni w sztuce się spinają.