Patrzysz przez okno, jak rezydencja kurczy się za tobą, jej światła wciąż są ciepłe, drogie i absurdalne. Gdzieś w środku twój były mąż stoi pośród opadających dekoracji, porzuconych prezentów i ludzi, którzy nagle są zbyt zajęci, by spojrzeć mu w oczy. Gdzieś na górze kobieta, którą okłamał, może siedzieć na skraju łóżka dla gości, próbując zrozumieć, czy cała jej przyszłość właśnie wywróciła się do góry nogami. Gdzieś w salonie Béatrice już ćwiczy czystszą wersję wieczoru dla pierwszej przyjaciółki, która zadzwoni.
„Tak” – mówisz.
Potem, bo jesteś sobie winna precyzję, dodajesz:
„Nie. Ale jestem wolna”.
Alexandre kiwa głową, jakby ta odpowiedź zasługiwała na dokładnie tyle miejsca, ile zajmuje.
W domu Madeleine otwiera drzwi, zanim jeszcze dzwonek przestanie dzwonić.
Jedno spojrzenie na twoją twarz wystarczy, żeby zrozumiała, jaki to był wieczór. Nie szczegóły. Lepiej niż to. Emocjonalna atmosfera. Bierze płaszcz Lucie, prostuje krzywe ucho królika, a potem oznajmia, że zostawiła gorącą czekoladę na kuchence, bo niektóre wieczory muszą się kończyć czymś słodkim, nawet gdy ludzie, którzy je wypełniali, zachowywali się jak demony.
Lucie zasypia na kanapie z kubkiem w dłoniach, małym bucikiem zwisającym ze stopy, a królika trzyma pod pachą jak miniaturowego prezesa. Madeleine wnosi ją na górę z wyćwiczoną czułością. Dom stopniowo odzyskuje wokół ciebie swoje zwykłe ciepło: przyćmione światła, spokojne drewniane boazerie, odległy gwar Paryża. Spokój, którego Adrien nigdy nie rozumiał, bo szanował tylko pomieszczenia zbudowane po to, by się nimi chwalić.
Alexander znajduje cię w kuchni dziesięć minut później. Trzymasz kubek w obu dłoniach, wpatrując się w przestrzeń.
Nie przerywa twojego milczenia.
Po chwili mówisz:
„Trzy lata temu to słowo by mnie zniszczyło”.
„Wiem”.
„Jakaś część mnie chciała, żeby cierpiał, kiedy wszedłem”.
Alexander opiera się o blat, twarzą do ciebie.
„I co?”
Przypominasz sobie minę Adriena, kiedy zobaczył Lucie. Chwilę, kiedy usłyszał raport medyczny. Chwilę, kiedy Héloïse położyła pierścionek na stole. Tak, ta sztuka go zraniła. Publicznie. Skutecznie. Wspaniale. Ale to nie to, co teraz tkwi w twojej skórze.
„Był mniejszy, niż pamiętałem”, mówisz.
Usta Alexandre’a łagodnieją.