„Zabierz chłopaków, jeśli chcesz, bo dobrze im zrobi, jeśli zobaczą, jak wygląda prawdziwy sukces”. Nacisnął przycisk „Wyślij” i patrzył, jak niebieska bańka znika w cyfrowej pustce.
Wierzył, że zastawił idealną pułapkę i że Cassidy od razu wcieli się w rolę, którą dla niej napisał. Zakładał, że nadal jest tą samą kobietą, która po cichu znosi upokorzenia, byle tylko zachować spokój dla swoich dzieci.
Po drugiej stronie miasta, w małym mieszkaniu nad lokalną apteką, Cassidy Thorne wpatrywała się w telefon, aż litery się rozmazały. Mieszkanie było na tyle małe, że dźwięk stukającego wentylatora sufitowego towarzyszył jej w każdym pokoju.
Garnek makaronu stygł na kuchence, a pranie wisiało na oparciach kuchennych krzeseł, bo suszarka znów się zepsuła. W powietrzu unosił się zapach cytrynowego środka czyszczącego i kredek, bo ciężko pracowała, żeby ta niewielka przestrzeń przypominała prawdziwy dom dla jej synów.
Mason i Toby siedzieli na dywanie obok stolika kawowego, budując skomplikowane miasto z plastikowych klocków i starych pudełek po butach. Mason był głośniejszym bliźniakiem, który opowiadał o każdej katastrofie, podczas gdy jego samochodzik rozbijał się w tekturowym tunelu.
Toby był cichym obserwatorem, który układał klocki w idealne rzędy i poprawiał brata, gdy tylko układ ruchu stawał się nierealistyczny. „Samochody nie latają nad budynkami, Mason” – powiedział Toby, nie odrywając wzroku od swojej pracy.
„Tak, jeśli nastąpi gigantyczna eksplozja” – odpowiedział Mason, wydając głośny odgłos huku. „Nie ma powodu, żeby wybuchł w strefie mieszkalnej” – argumentował Toby.