Na początku wiejski kapłan zawahał się.
„Ludzie boją się tej nazwy”.
Raghav uśmiechnął się.
„Dobrze. Niech nauczą się różnicy między strachem a szacunkiem”.
Kavita wróciła raz.
Pięć lat po lesie.
Rozpoznał ją po utykaniu, zanim się odezwała.
Jeden słaby krok.
Potem drugi.
Stała na skraju jego dziedzińca.
„Raghav”.
Kontynuował szlifowanie laski.
„Kavita”.
„Słyszałem o twoim warsztacie”.
Nic nie powiedział. „Dobrze ci idzie”.
„Tak”.
Długa cisza.
Potem wyszeptała: „Źle zrobiłam”.
Tym razem słowa wyszły bez łez.
To sprawiło, że stały się cięższe.
Raghav odłożył drewno.
„Tak”.
„Byłem zły na Boga. Na ubóstwo. Na ciebie. Ale to nie ty mnie oślepiłeś”.
Odwrócił twarz w jej stronę.
„Nie”.
Zaczęła cicho płakać.
„Przez lata myślałem, że cię zostawiłem, bo byłaś bezradna. Ale chyba nienawidziłem tego, że wciąż potrzebowałaś miłości, kiedy ja nie miałem jej już do dania”.
Raghav słuchał.
Stara rana nie zniknęła.
Ale przestała krwawić.
„Czy prosisz o powrót?” zapytał.
„Nie” – powiedziała szybko. „Wiem, że te drzwi są zamknięte”.
„Więc po co przychodzisz?”