„Nie. Chcę odzyskać ręce”.
Nie ścinał drzew.
To życie przeminęło.
Zamiast tego nauczył się łamać suche gałęzie dotykiem. Rzeźbił małe trzonki. Wygładzał laski. Wyrabiał drewniane zabawki o zaokrąglonych krawędziach. Wsłuchiwał się w słoje drewna pod nożem, tak jak inni czytają litery.
Na początku praca była ciężka.
Potem żmudna.
Potem piękna.
Jego palce nauczyły się tego, co straciły jego oczy.
Dzieci przychodziły popatrzeć.
Potem kobiety przychodziły kupować.
Potem mężczyźni, którzy kiedyś ustępowali mu miejsca przy straganie z herbatą, wrócili, teraz już nie z litością, lecz z rozkazami.
„Raghav, zrób jeden mocny kij dla mojego ojca”.
„Raghav, czy możesz wyrzeźbić kołyskę?”
„Raghav, mój syn chce drewnianego wilka”.
Zaśmiał się, słysząc tę ostatnią prośbę.
„Wilka?”
„Tak” – powiedział chłopiec. „Tego dobrego”. Więc Raghav wyrzeźbił pierwszego wilka.
Nie dzikiego.
Nie oswojonego.
Stworzenie stojące obok niewidomego mężczyzny, z uniesioną głową, ostrymi uszami, ciałem pokrytym bliznami, ale nieuszkodzonym.
Zachował tę pierwszą rzeźbę dla siebie.
Wilk wracał co kilka nocy.
Raghav zawsze wiedział.
Najpierw kury ucichły.
Potem powietrze się zmieniło.
Potem pojawiły się miękkie poduszki łap w pobliżu dziedzińca.
Zaczął zostawiać miskę z wodą w pobliżu drzewa neem.
Nie jedzenie.
Nigdy jedzenie.
Strażnik leśny powiedział mu, żeby nie robił z dzikiego zwierzęcia
Zależny.
Raghav zrozumiał.
Wilk nie był zwierzęciem domowym.
Był świadkiem.
Czasami, późno w nocy, Raghav siadał na zewnątrz i rozmawiał z nim.
O pracy.
O samotności.
O tym, jak inaczej brzmieli teraz mieszkańcy wioski.