„Czy tam na dole jest woda?”
„Nie”.
„Krew?”
„Nie wiem. Moja noga jest pod czymś uwięziona. Nie mogę się ruszyć.”
Raghav sięgnął do dołu. Jego palce natrafiły na ślady po linach w ziemi, przecięte gałęzie, ostre bambusowe paliki złamane na dnie.
To nie był naturalny dół.
Dół myśliwski.
Ktoś wykopał go dla dzikich zwierząt.
Wilk warknął, jakby wiedział.
Raghav zrozumiał wtedy, dlaczego zwierzę go tu przyprowadziło. Ten dół prawie uwięził i wilka. Może już coś tu stracił. Partnera. Młode. Część siebie.
Wziął głęboki oddech.
„Kavita, posłuchaj. Nie wyciągnę cię stamtąd sama.”
„Nie zostawiaj mnie!” – krzyknęła.
Jego pierś się ścisnęła.
Opuściła go.
Ale jej przerażenie było prawdziwe.
„Idę szukać pomocy.”
„Nie!” – w jej głosie słychać było panikę. „Nie widzisz. Zgubisz się. Raghav, proszę. Przepraszam. Przepraszam. Nie zostawiaj mnie tu.”
Przeprosiny nadeszły zbyt szybko.
Zbyt desperacko.
Jeszcze nie skrucha.
Tylko strach w jego ubraniu.
Raghav odwrócił twarz w stronę wilka.
„Przyprowadziłeś mnie tutaj. Czy możesz mnie zaprowadzić do ludzi?”
Wilk stanął nieruchomo.
Potem otarł się ciałem o jego nogę i odszedł tą samą drogą, którą przyszli.
Raghav chwycił kij.
„Kavita, krzycz co kilka minut. Wrócę.”
Znów wołała jego imię.
Chciał znienawidzić ten dźwięk.
Nie mógł.
Poszedł za wilkiem.
Droga powrotna była gorsza niż noc. W ciemności strach był wszędzie. Rano strach miał kierunek. Każdy korzeń próbował go złapać. Każda gałąź drapała go po twarzy. Dwa razy upadł. Raz uderzył kolanem tak mocno, że o mało nie zwymiotował.
Wilk nie odszedł daleko.
Czekał.
Trącił.
Warknął, gdy skręcił w złym kierunku.
W końcu, przez drzewa, Raghav usłyszał krowi dzwonek.
Potem siekierę.
Potem głosy mężczyzn.
„Pomocy!” krzyknął.
Głosy ucichły.
„Kto tam?”