„Żeby powiedzieć, że mi przykro, nie prosząc cię, żebyś je poniósł”.
To w końcu były przeprosiny.
Raghav skinął głową. „Słyszę cię”.
Czekała.
Może na przebaczenie.
Może na karę.
Nie dał jej ani jednego, ani drugiego.
„Oby twoja droga była łaskawsza niż ta, którą dla mnie wybrałeś” – powiedział.
Kavita zaszlochała raz.
Po czym odeszła.
Wilk przyszedł tej nocy po raz pierwszy od miesięcy.
Starszy.
Wolniejszy.
Jego oddech był chrapliwy.
Raghav usiadł obok niego pod drzewem neem.
„Przyszła dzisiaj” – powiedział.
Wilk prychnął.
„Tak. Wiem. Ludzie są dziwni”.
Zwierzę oparło swoją bliznowatą głowę na jego kolanie.
Raghav głaskał jego futro, aż noc się zapadła.
Nad ranem wilk zniknął.
Nigdy nie wrócił.
Niektórzy mówili, że zdechł w lesie.
Inni mówili, że znalazł inne stado.
Inni mówili, że to wcale nie był zwykły wilk, ale duch lasu zesłany, by poprowadzić człowieka porzuconego przez ludzką miłość.
Raghav nigdy się nie sprzeciwiał. On tylko rzeźbił.
W warsztacie, nad drzwiami, wisiał drewniany wilk z jednym blizną na uchu.
Pod nim ktoś namalował jego słowa: