Czasami jej wierzył.
A czasami nie.
Pewnego wieczoru zastałem mamę siedzącą samotnie przy małym kuchennym stole i trzymającą w ręku jeden z listów więziennych, które wysłała mi wiele lat temu.
Koperta wyglądała na kruchą, ponieważ była zbyt wiele razy składana.
„Zachowałeś je?” zapytałem cicho.
Uśmiechnęła się bez humoru.
„Też je zachowałeś.”
Oparłem się o drzwi.
„Nigdy nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem, co powiedzieć”.
Jej palce przesunęły się po krawędzi papieru.
„Nie byłeś mi winien pewności.”
„Tak” – powiedziałem.
„Myślę, że tak.”
To w końcu sprawiło, że na mnie spojrzała.
I po raz pierwszy od czasu wyjścia na wolność na jej twarzy można było dostrzec autentyczny ból.
Nie wyczerpanie.
Nie strach.
Ból.
„Miałeś siedemnaście lat” – wyszeptała.
„Widziałeś, jak policja wywlekała twoją matkę, podczas gdy twój ojciec krwawił na podłodze”.
Przełknęła ślinę.
„Ty też przeżyłeś.”
Chciałem, żeby te słowa pomogły.
Zamiast tego wszystko pogorszyli.
Ponieważ część mnie wciąż pamiętała ulgę, jaką poczułem, gdy proces zakończył się wiele lat temu.
Ulga, że ktoś został obwiniony.
Ta niepewność dobiegła końca.
Nawet jeśli odpowiedź była błędna.
To była część, której nienawidziłem najbardziej.
Nie żebym w nią wątpił.
Że bardziej chciałem, żeby wątpliwości skończyły się źle, niż chciałem prawdy.
Adwokat Victora próbował wszystkiego.
Najpierw zaatakowali Ethana.
„Był dzieckiem. Pamięć jest zawodna.”