Claire i ja byłyśmy siostrami z krwi i kości, a przyjaciółkami tylko przelotnymi. Była cztery lata starsza, instynktownie głośniejsza i nieustraszona w sposób, którego nasi rodzice nigdy nie rozumieli.
Wyjechała do miasta przy pierwszej okazji. Ja zostałam, przestrzegałam zasad i nauczyłam się, jak rozładowywać napięcie w pokoju, zanim przerodziło się w konflikt.
Claire nazywała mnie „rodzinną broszurą”. Ja ją nazywałam niemożliwą.
Mimo to zawsze zauważała pewne rzeczy. Jeśli opuściłam lunch, cicho przesuwała obok mnie batonik zbożowy, nie robiąc z tego wielkiej sprawy.
Nawet krytykując Ryana, pytała: „Zjadłeś dziś coś poza próbkami ciasta?”, jakby irytacja i uczucie żyły w niej zszyte.
Taka była Claire. Potrafiła sprawić, że czułaś się jednocześnie krytykowana i chroniona.
Kilka miesięcy wcześniej zabrałam Ryana do domu na świąteczną kolację, żeby poznał moją rodzinę. Przyniósł wino dla mojego ojca, kwiaty dla mojej matki i ten niewymuszony uśmiech, który sprawiał, że ludzie mu ufali, zanim jeszcze skończył się przedstawiać. Moi rodzice od razu go pokochali.
Potem Claire weszła z kuchni, spojrzała na niego i zamarła.