Marisol zawahała się. Przekraczali niebezpieczną granicę. Ale kiedy spojrzała w oczy Antonia, zobaczyła coś, co ją rozbrajało: wrażliwość. On jej potrzebował. A ona, Boże, potrzebowała jego.
Wziął ją za rękę. Gdy poczuli dotyk jej skóry, świat wokół nich zniknął. Tańczyli na środku parkietu, poruszając się jak jeden mąż. Antonio przyciągnął ją nieco bliżej niż zwykle, mocno obejmując jej talię.
„Marisol” – wyszeptał jej do ucha, przyprawiając o dreszcze. „Dziś błyszczałaś jaśniej niż ktokolwiek inny w tym pokoju. Nie z powodu sukienki, nie z powodu interesów. Z powodu ciebie”. „Po prostu wykonuję swoją pracę, Antonio” – odpowiedziała, używając jego imienia po raz pierwszy bez „pana”. „Nie. To nie jest praca. Spędziłam miesiące, próbując przekonać samą siebie, że to tylko zawodowy podziw. Ale dziś wieczorem, widząc cię tutaj, śmiejącą się, będącą sobą… Nie mogę już dłużej okłamywać samej siebie”.
Muzyka ucichła, ale oni się nie rozstali. Spojrzeli na siebie w milczeniu, dwie dusze z różnych światów, rozpoznające się w tłumie.
Podróż powrotna przebiegła w ciszy, pełnej niewypowiedzianych słów. Po dotarciu do skromnego apartamentowca Marisol, Antonio wyłączył silnik. Ulica była ciemna i cicha.