To była granatowa sukienka o klasycznym kroju, uszyta z grubego materiału i pięknie się układająca. Staromodna, owszem, ale elegancka i dostojna. Kiedy Marisol przymierzała ją przed pękniętym lustrem w łazience, nie zobaczyła biednej dziewczyny liczącej monety na chleb. Zobaczyła silną kobietę. Zobaczyła córkę Eleny.
Tej nocy Marisol prawie nie spała. Wpatrywała się w sufit, ćwicząc odpowiedzi, wyobrażając sobie scenariusze. Nie wiedziała, że jej życie właśnie się odmieni, ani że tajemniczy mężczyzna, który pociągał za sznurki, nie szukał tylko pracownika, ale, nieświadomie, kogoś, kto przywróci mu wiarę w ludzkość.