Wczoraj, o 15:17, mój syn urodził się krzycząc. Był silny, zdrowy i po prostu idealny.
Nadałam mu imię Noah.
Mówiłam ludziom, że Mark jest zajęty.
Kiedy Tina pierwszy raz położyła go na mojej piersi, zapomniałam o każdym niezapłaconym rachunku, o samotnych nocach i o każdym momencie, kiedy słowa Marka odtwarzały mi się w głowie. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że mogę oddychać.
Tina wyszła, zanim dr Carter podszedł bliżej. Pochylił się nad Noahem, początkowo uśmiechając się spokojnie. Potem uśmiech zniknął, a całe jego ciało znieruchomiało.
Obserwowałam, jak jego wzrok przesuwa się po twarzy mojego syna, a potem zatrzymuje się na oczach Noaha. Jedno było ciemnobrązowe, a drugie szaroniebieskie.
Twarz dr. Cartera zbladła. Jego oczy napełniły się łzami.
Potem uśmiech zniknął.
„Co się stało?” wyszeptałam.
Lekarz z trudem przełknął ślinę.
„Gdzie jest ojciec?”
„Nie ma go tutaj”.
„Jak się nazywa?” Głos lekarza się załamał.
Coś w jego spojrzeniu zmroziło mi krew w żyłach.
„Mark” – powiedziałam, zanim podałam jego nazwisko.
Cisza. Potem zauważyłam łzę spływającą po policzku dr. Cartera.