Kiedy Marius zobaczył ją w przedpokoju, zamarł.
Zupełnie nieruchomo.
Potem, pomimo bólu, pomimo wieku, pomimo miesięcy, które minęły… jego ogon zaczął się poruszać.
Powoli.
Raz.
Dwa.
Trzy razy.
Dokładnie tak jak każdego wieczoru, kiedy wracałem do domu.
Upadła, zanim zdążyła zdjąć płaszcz.
Na kolanach na mojej drewnianej podłodze.
Płacząc wtulona w jego szyję.
A Marius… Marius lizał ją po rękach.
Jakby nigdy nie było porzucenia.
Jakby jej serce nie zapisało cierpienia.
Odszedłem do kuchni, żeby dać im trochę przestrzeni.
A za ścianą słyszałam, jak powtarza:
„Wybacz mi… wybacz mi…”
Ale tym, co najbardziej mnie złamało tego dnia, nie był jej płacz.
To, jak Marius nadal kochał ją bez wahania.