I po raz pierwszy od dawna nie czułam gniewu.
Tylko ogromny smutek dla wszystkich istot – ludzi czy zwierząt – które niosą swój smutek w niewłaściwy sposób i w końcu ranią tych, których kochają najbardziej.
Wiosna powróciła powoli.
Drzewa znów zakwitły, nawet po najsurowszych zimach.
Mariusz chodził teraz bardzo mało.
Czasami zatrzymywał się na środku salonu, jakby zapomniał, dokąd chce iść.
Więc delikatnie mu pomagałem.
Bez niecierpliwości.
Jak towarzyszenie komuś do końca bardzo długiej podróży.
Pewnej kwietniowej nocy nie chciał wyjść.
Leżał obok mnie godzinami.
Jego oddech był inny.
Wolniejszy.
Głębszy.
Zrozumiałem.
Człowiek zawsze rozumie.
Mówiłem do niego cicho w ciemności.
Powiedziałem mu, że był grzecznym psem.
Bardzo dużym psem.
Powiedziałem mu, że był ważny.
Że jego życie nie było uciążliwym, starym rozdziałem.
Że pozostawił po sobie ogromny ślad w małym mieszkaniu w Lyonie.
O świcie otworzył oczy po raz ostatni.
A jego ogon delikatnie poklepał podłogę.
Raz.
A potem nic.
Cisza, która nastąpiła, była ogromna.